Jak to się stało

Wszystko zaczyna się od marzenia

 

Wszystko zaczyna się od marzenia. Nie –  my nie marzyliśmy o hodowli ślimaków bo nie wiedzieliśmy że to to się w ogóle hoduje.  My marzyliśmy o wolności finansowej. Szukaliśmy  pomysłu na własny biznes, dla którego nie musielibyśmy porzucać dotychczasowego stylu życia, wstawać skoro świt,  wsi którą bardzo lubimy i wykorzystać zasoby (czas , budynek, pomysłowość, umiejętności i pieniądze ) które posiadamy. Biznesu, który nie wymaga wielkich nakładów finansowych a daje realne perspektywy przyzwoitych dochodów. Mieliśmy do dyspozycji spore pomieszczenie gospodarcze przy domu i trochę oszczędności. Pomysł wpadł nie wiadomo kiedy-przypadkiem w czasie buszowania po internecie. Spodobał nam się – wydawał się taki ,,crazy’’.

Po przeczytaniu na necie coś niecoś i po obejrzeniu kilku filmów na You Tube uznaliśmy, że warto bliżej przyjrzeć się temu tematowi. Postanowiliśmy odwiedzić najbliższą  farmę ślimaków jaką znaleźliśmy w internecie. Trafiło na EkoSnails pana Tomasza Stępnia, który okazał się bardzo miłym i uczynnym młodym człowiekiem, w dodatku posiadającym bardzo dużą wiedzę o hodowli ślimaków. Następnie znowu internet i kolejna wizyta na farmie i tak jeszcze ze dwa razy.

Postanowiliśmy zaryzykować.  Wybraliśmy wariant hodowli z własną reproduktornią, gdyż  mieliśmy budynek który nadawał się do adaptacji.

Przygotowania rozpoczęliśmy od zrobienia biznesplanu – wyszło, że powinniśmy się wyrobić.  I jest szansa że zainwestowane pieniądze zwrócą nam się w dwa lata.

Była wiosna 2013  więc czasu mieliśmy sporo. 1 lipca zaczęliśmy remont budynku gospodarczego i budowę w nim reproduktorni, szukaliśmy też w pobliżu pola które moglibyśmy wydzierżawić. Pierwsze pole które braliśmy pod uwagę zmieniło się  po ulewnych deszczach w  bagno, w którym utopilibyśmy nasze marzenie gdybyśmy się na nie zdecydowali. Szukaliśmy dalej przeglądając ogłoszenia,  rozpytując coraz szersze grono znajomych , sąsiadów i rodziny i objeżdżając coraz dalsze i dalsze okolice. Czas mijał nieubłaganie a my byliśmy coraz bardziej zaniepokojeni. Rozwiązanie przyszło  zupełnie przypadkiem podczas rozmowy przy płocie z sąsiadem. Pole było  piękne 30 arów  i tylko 150 metrów od naszego domu! Miało co prawda jedną wadę – nieużytkowane było od co najmniej 15 lat i przypominało amazońską dżunglę – ale my byliśmy zachwyceni.

Koniec lata i jesień zeszła mam na doprowadzeniu naszego pola do jako takiego porządku (nawet spychaczem) ale efekty orania, bronowania i grabienia będą widoczne tak naprawdę dopiero wiosną (wszyscy nas pocieszają, że z perzem nie uda nam się wygrać w ciągu jednego sezonu, ale perz jeszcze nie wie jak bardzo chcemy, żeby to cośmy sobie wymyślili się nam udało ;-)).

Nasze pole to tak naprawdę kilka działek budowlanych, ale właściciel kupił je z myślą o wnukach którym jeszcze daleko do pełnoletności, więc spokojnie przez kilka lat możemy je użytkować. Ogrodziliśmy je i zaczęliśmy się dowiadywać co jest potrzebne żeby podłączyć się do wodociągu, który przebiega w drodze – 3 m od działki. Zaczęło się od tego że oprócz umowy dzierżawy mamy dostarczyć do urzędu mapkę ze starostwa powiatowego. Pojechaliśmy do starostwa, wypełniliśmy wniosek i czekaliśmy na telefon kiedy można odebrać mapkę. Telefon zadzwonił dość szybko, ale z informacją że numery działek które mieliśmy z planu od naszego gospodarza zostały zmienione i że mamy podać aktualne numery (urząd w którym powinny być wszystkie informacje o  zmianach administracyjnych w oznaczeniu działek chce te informacje od nas, choć nawet właściciel ich nie ma). Cóż, po zasięgnięciu informacji gdzie można znaleźć aktualną mapę gruntów (geoportal) wydrukowaliśmy mapkę i zaznaczyliśmy na niej nasze działki dołączając do wniosku.

Po kilku dniach dostaliśmy informację o tym, że możemy się zgłosić po mapkę, która od tej wydrukowanej przez nas różniła się w sumie głównie tym, że miała pieczątki za które trzeba było zapłacić. Opłata nie była bardzo wysoka (chyba 35 zł), ale okazało się ta mapka potrzebna jest tylko do wydania zgody na doprowadzenie wody na działkę. Dalej trzeba było złożyć projekt, do którego była potrzebna druga mapka – tym razem sporządzona przez geodetę (koszt mapki 800 zł + projekt 600zł – usłyszeliśmy w urzędzie). Postanowiliśmy sprawdzić czy nie da się tego załatwić gdzieś taniej – udało nam się po zrobieniu rozeznania zaoszczędzić trochę na tych kosztach, choć niezbyt wiele ( zawsze warto szukać )

Na mapkę od geodety czekaliśmy około 2 m-cy. Kiedy ją z tryumfem dostarczyliśmy do projektanta okazało się że potrzebne jest jeszcze jedno zezwolenie – na podłączenie się do wodociągu który biegnie w drodze gminnej (mimo że wcześniej też z gminy mieliśmy już zezwolenie na podłączenie wody). Ze spokojem (mieliśmy przecież sporo czasu, woda na działce będzie nam potrzebna dopiero na wiosnę) zanieśliśmy przygotowane przez projektanta pisemko do gminy. Tam pan, który wydaje zezwolenia najpierw powiedział że mogliśmy sobie wzór wziąć z internetu, a potem kazał mi wszystko przepisać na urzędowym druczku (te same informacje które były na piśmie przyniesionym przeze mnie, ale urzędnik uznał że ich druk jest ważniejszy). Po trzech tygodniach zaczęliśmy się dowiadywać kiedy dostaniemy zezwolenie (jeszcze przy mnie urzędnik wyjaśnił sobie wszystko z projektantem, więc nie było powodów odwlekania tak długo wydania decyzji). Po wizycie w urzędzie dowiedziałam się że pan właśnie poszedł na urlop a nikt nie potrafił znaleźć dokumentów z tej sprawy. Czekaliśmy więc dalej aż pan wróci z urlopu (w sumie udało mu się nawet zmieścić  w urzędowych terminach).

Nauczeni doświadczeniem dalszą część pracy (wykonanie podłączenia) zleciliśmy miejscowemu wykonawcy, który z urzędowymi decyzjami, pozwoleniami ( np. zezwolenie na zajęcie pasa drogowego na czas pracy – droga gminna – szutrówka pięć samochodów dziennie – objazd jak by co drogą 50 m dalej – ręce opadają ) i zatwierdzeniami pracuje na co dzień i nie musi czekać tygodniami na różne decyzje. Dzięki temu jeszcze przed zimą wyrobiliśmy się z tak skomplikowaną sprawą jak 6-metrowe przyłącze wody, choć cena tej usługi też nas zaskoczyła (samo wykonanie zajęło ok. 4 godzin, załatwianie mapek i pozwoleń kilka miesięcy i kupę kasy).

Ale nic to

Jest koniec roku 2013 – myślę że jesteśmy gotowi, czekamy z niecierpliwością na przyjazd naszych (już kupionych) reproduktorów. Wszystkie urządzenia sprawne i sprawdzone, szykujemy palety na pole.

Włożyliśmy w ten powolny interes masę czasu, ogrom ciężkiej pracy i wszystkie oszczędności, więc nie ma prawa nie wyjść.

Zaczyna się nowy rozdział w naszym życiu i jesteśmy go bardzo ciekawi o czym będziemy informować na naszym blogu.

Pozdrawiamy –  Pasterze ślimaków  – Jagoda i Andrzej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *