Koniec reprodukcji

Kończymy powoli reprodukcje jeszcze tylko kilka dni myślę że 4 albo 5. Część kokonów się nam zepsuła tak mniej więcej liczymy że z 500 -nie rozwinęły się albo pleśń się wdała nie wiemy co za przyczyna była. Pierwsze kilkadziesiąt tysięcy maluchów żyje już w namiocie foliowym i mają się chyba całkiem nie źle, do rzodkiewki zaczęły się już dobierać. Szykujemy nowe pole i  powiększyłem jedno ze starych pół. Robota wre ale zdążę spokojnie. Na nowym polu robię inny rodzaj ogrodzenia – bez męczącej w układaniu soli. Zobaczymy czy się sprawdzi.

Nowa metoda

Mamy już 1200 kokonów z czego 1000 trzymany na razie w chłodni w celu wydłużenia czasu inkubacji , zobaczymy czy ten sposób jest dobry . W namiocie rzodkiewka dopiero zaczyna mam wschodzić i ślimaki pewnie dopiero za jakieś dwa tygodnie spróbujemy do namiotu wyprowadzać .

Kokony

Na sobotę jak już pisałem wystawiliśmy pierwsze doniczki. W sobotę rano przywieźliśmy babcię Marysię,, do pomocy.”,\. Babcia już się dopytywała kiedy będzie wyciąganie bo bardzo to lubi. Babcia wyjęła 20 kokonów – zupełnie nie źle jak na pierwszy dzień a w niedzielę ja z Jagodą – 80 i 106 odstawionych doniczek na dziś. Robota się zaczyna na poważnie.

Doniczki i namiot

Dziś wystawiamy pierwsze doniczki.  Wiem że u innych hodowców ziemia w doniczkach już wystawiona i maja pierwsze kokony ale nam się nie śpieszy. Dziś też zamierzamy z Jagodą rozstawiać namiot foliowy i siać zielone – może nie będzie już dużych mrozów i się uda.

Hawaii day 23 Koniec przygody

Już po wszystkim, nasze przygody dobiegły końca. Mam nadzieję, że kto czytał ten nam zazdrości bo jest czego. Czas na małe podsumowanie.

Hawaje super – naprawdę warto raz w życiu udać się w taką podróż. Choć pewnie na Ziemi jest więcej tak ciekawych i fascynujących miejsc to Hawaje mogą pretendować do takiego raju na ziemi.

Trzeba niestety liczyć się z wydaniem sporej ilości gotówki – raj  kosztuje, ale wspomnienia są bezcenne. Zwłaszcza że Hawaje nam będą już zawsze kojarzyć się z naszymi prawdziwymi przyjaciółmi Tereską i Tadziem 😉

Parę słów jeszcze o podróży powrotnej. Była bez problemowa, a dzięki obrotowemu ruchowi ziemi nawet krótsza niż w tamtą stronę.

Z „Lihuja” lecieliśmy do Seattle a stamtąd do Paryża i W-wy. Lotniska fajnie pooznaczane więc bez problemów trafiliśmy gdzie trzeba. Podróż męcząca, ale do przeżycia, Polecam podróże liniami Delta. Dzięki zamontowanym komputerkom podróż przebiegła szybko – oglądaliśmy najnowsze filmy i graliśmy w gry. W linii KLM najlepiej dawali jeść a najładniejsza stewardessa była w Air France. Bidnie wypadła Alaska line ale widać nie można mieć wszystkiego w pierwszym sorcie (zwłaszcza w klasie ekonomicznej).

Pozdrawiam wszystkich czytelników i za trzy tygodnie zapraszam do czytania o: Trzecim sezonie ślimaków.

,, Ślimaki sezon 3 ” nadchodzi.

 

 

 

 

Hawaii day 22

Dziewczyny szykują ostatnią kolację a ja mam chwilkę to jeszcze coś napiszę.

Wczorajsza kolacja z Martą i Robertem była wyśmienita. Pyszne jedzonko (schabowe) i drinki (polish margerita – mój wynalazek) wprawiły nas w doskonały nastrój. Tadzio wyciągnął grę Osadnicy z Katanu i rozegraliśmy partyjkę – super gra. Teresa wygrała więc dziś z samego rana zażądaliśmy rewanżu i tak się zeszło do drugiej po południu. Wynik Tadzio 2, Andrzejek 1. Zaraz po powrocie kupujemy tę grę.

Poszliśmy potem jeszcze powalczyć z oceanem na do widzenia. Fale były fantastyczne a ludzi na plaży prawie zero. Sponiewierał nas ocean na pożegnanie a został jeszcze zachód słońca i wieloryby które też dziś wyjątkowo harcowały wyrzucając ogromne fontanny wody. Wszystko dobrze co dobrze się kończy.

Pogodę mieliśmy wymarzoną, Tadzik mówi że w styczniu to potrafi i 2 tygodnie podać a w czasie naszej wizyty podało raz w nocy i raz przez kilka minut któregoś dnia rano.

Żadnego tsunami nie przeżyliśmy i tak sobie myślę że to też dobrze.

Robert miał tylko dziś pech,a gdyż ma awarię – otóż odkleiła mu się siatkówka w oku i jutro leci na operację do Honolulu. To też tutaj to dziwne jest, pomiędzy hawajskimi wyspami nie kursują promy a można tylko poruszać się samolotami – robota ekologów – zupełna paranoja. Robert jak mu zoperują to oko nie może lecieć samolotem bo cały zabieg psu w dup….

Dlatego musi mieć jakiś taki specjalny zabieg żeby mógł wrócić samolotem na Kauai.

Coś tam – że olej się wlewa do oka i potem trzeba 6 tygodni głowę trzymać głównie na jedną stronę a potem trzeba go z tego oka znowu w Honolulu wylać.I podobno ma to go kosztować 1000 dolarków.

Tak że nawet się z nami nie pożegnał.

Idę na kolację. Proszę trzymać kciuki za naszą podróż. Niedługo się zobaczymy.

Pozdrawiamy.

 

 

Hawaii day 21

Nie bardzo mamy już co robić –  znaczy czas wracać. Mieliśmy z Jagodą wielką ochotę na jeszcze jedną wycieczkę do kanionu. Ale zarówno Beata jak i Tadeusz ne wykazywali zbytniego entuzjazmu dla pomysłu łażenia po górach. W końcu rano okazało się, że w górach pada. Pojechaliśmy do Salt Pond poleżeć jeszcze ostatni raz na plaży. Ryśka widzieliśmy, ale nie podchodził do nas więc i my nie wołaliśmy go bo i po co. Żyjemy już podróżą teraz nie będzie tak gładko wylatujemy jutro o 23,50 w czwartek a lądujemy w Warszawie w sobotę o 11,50 czyli wychodzi 36 godzin podróży. Dzisiaj jeszcze mamy ostatnia kolację, zaprosiliśmy Roberta i Martę, kupiliśmy flaszkę (7 dolarków za 0,7) a dziewczyny mają usmażyć schabowe. Na jutro zastawiamy pakowanie, popsuł nam się jeden z plecaków z którym chodziliśmy na wycieczki i będzie trochę problem, trzeba będzie go zaszyć na stałe nam nadzieję że nie będzie z tym problemu na lotnisku podczas odprawy.

Fajnie było, ciepło ale to nie miejsce dla nas, wakacje super ale żeby tu mieszkać trzeba mieć naprawdę kupę kasy i świetnie znać angielski bo tu ze wszystkim jest problem i bez przerwy trzeba wszystko, wszystkim wielokrotnie tłumaczyć – Teresa jest mistrzem w tej dziedzinie. Poprzednio jak były z Beatą na zakupach w Lihue wyłączyli prąd  i to akurat jak Teresa była przy kasie. Paragon się wydrukował ale nie wydrukował się tzw ,,obciach ” czyli taki zwrot (premia) która jest tu liczona z różnych powodów np. we wtorki emeryci -10% albo jak się jakiś kupon na coś tam ma z gazetki albo ze 100 innych przyczyn. Tu różnie się nawet płaci w zależności kto  skąd jest – inaczej płacą Hawajczycy (tzw kamaina), inaczej Amerykanie a inaczej turyści. Szczególnie dotyczy to usług. Nieważne, w każdym bądź razie Teresie się należało 5,90$. Więc sprzedawczyni napisała na paragonie że tyle a tyle jej się należy i gitara. Wczoraj poszliśmy do tego sklepu bo Teresa chciała odebrać te pieniądze. Musiała trzem różnym kobitkom tłumaczyć o co kaman. Trwało to z 15 minut. Ludzie tu są mało kumaci. Z premedytacją nie przestrzegają różnych przepisów np. na plaży nie wolno wprowadzać psów a wszyscy mają to w głębokim poważaniu. Tak samo jest z używaniem świateł – po zmroku jeżdżą bez włączonych świateł i wcale im to nie przeszkadza. Nabombonią się piwska czy czego lepszego  i dopóki nie spowodują wypadku jest ok.

Jadąc na plażę Beata – sroka zażyczyła sobie wizyty w sklepie z pamiątkami. Weszliśmy z Jadzią na chwilę, ale po stwierdzeniu że nam nic do życia z tego sklepu nie jest potrzebne poszliśmy na plażę piechotą. Po drodze zrobiliśmy kilka zdjęć

 

Hawaii day 20

Ogólnie dzień zmarnowany. Panie zażyczyły sobie zakupów w Lihue, a ponieważ nie bardzo miałem co robić sam, to pojechałem z nimi. Tadzio poszedł na jogę.  Ciotkę Beatkę to jak by co opętało. Eee szkoda pisać.

Dzień stracony – oddać pieniądze. Idę pić piwo. Może jeszcze jakoś da się go uratować.

Potem coś napiszę – pozdrawiam czytelników