Hawaii day 23 Koniec przygody

Już po wszystkim, nasze przygody dobiegły końca. Mam nadzieję, że kto czytał ten nam zazdrości bo jest czego. Czas na małe podsumowanie.

Hawaje super – naprawdę warto raz w życiu udać się w taką podróż. Choć pewnie na Ziemi jest więcej tak ciekawych i fascynujących miejsc to Hawaje mogą pretendować do takiego raju na ziemi.

Trzeba niestety liczyć się z wydaniem sporej ilości gotówki – raj  kosztuje, ale wspomnienia są bezcenne. Zwłaszcza że Hawaje nam będą już zawsze kojarzyć się z naszymi prawdziwymi przyjaciółmi Tereską i Tadziem 😉

Parę słów jeszcze o podróży powrotnej. Była bez problemowa, a dzięki obrotowemu ruchowi ziemi nawet krótsza niż w tamtą stronę.

Z „Lihuja” lecieliśmy do Seattle a stamtąd do Paryża i W-wy. Lotniska fajnie pooznaczane więc bez problemów trafiliśmy gdzie trzeba. Podróż męcząca, ale do przeżycia, Polecam podróże liniami Delta. Dzięki zamontowanym komputerkom podróż przebiegła szybko – oglądaliśmy najnowsze filmy i graliśmy w gry. W linii KLM najlepiej dawali jeść a najładniejsza stewardessa była w Air France. Bidnie wypadła Alaska line ale widać nie można mieć wszystkiego w pierwszym sorcie (zwłaszcza w klasie ekonomicznej).

Pozdrawiam wszystkich czytelników i za trzy tygodnie zapraszam do czytania o: Trzecim sezonie ślimaków.

,, Ślimaki sezon 3 ” nadchodzi.

 

 

 

 

Hawaii day 22

Dziewczyny szykują ostatnią kolację a ja mam chwilkę to jeszcze coś napiszę.

Wczorajsza kolacja z Martą i Robertem była wyśmienita. Pyszne jedzonko (schabowe) i drinki (polish margerita – mój wynalazek) wprawiły nas w doskonały nastrój. Tadzio wyciągnął grę Osadnicy z Katanu i rozegraliśmy partyjkę – super gra. Teresa wygrała więc dziś z samego rana zażądaliśmy rewanżu i tak się zeszło do drugiej po południu. Wynik Tadzio 2, Andrzejek 1. Zaraz po powrocie kupujemy tę grę.

Poszliśmy potem jeszcze powalczyć z oceanem na do widzenia. Fale były fantastyczne a ludzi na plaży prawie zero. Sponiewierał nas ocean na pożegnanie a został jeszcze zachód słońca i wieloryby które też dziś wyjątkowo harcowały wyrzucając ogromne fontanny wody. Wszystko dobrze co dobrze się kończy.

Pogodę mieliśmy wymarzoną, Tadzik mówi że w styczniu to potrafi i 2 tygodnie podać a w czasie naszej wizyty podało raz w nocy i raz przez kilka minut któregoś dnia rano.

Żadnego tsunami nie przeżyliśmy i tak sobie myślę że to też dobrze.

Robert miał tylko dziś pech,a gdyż ma awarię – otóż odkleiła mu się siatkówka w oku i jutro leci na operację do Honolulu. To też tutaj to dziwne jest, pomiędzy hawajskimi wyspami nie kursują promy a można tylko poruszać się samolotami – robota ekologów – zupełna paranoja. Robert jak mu zoperują to oko nie może lecieć samolotem bo cały zabieg psu w dup….

Dlatego musi mieć jakiś taki specjalny zabieg żeby mógł wrócić samolotem na Kauai.

Coś tam – że olej się wlewa do oka i potem trzeba 6 tygodni głowę trzymać głównie na jedną stronę a potem trzeba go z tego oka znowu w Honolulu wylać.I podobno ma to go kosztować 1000 dolarków.

Tak że nawet się z nami nie pożegnał.

Idę na kolację. Proszę trzymać kciuki za naszą podróż. Niedługo się zobaczymy.

Pozdrawiamy.

 

 

Hawaii day 21

Nie bardzo mamy już co robić –  znaczy czas wracać. Mieliśmy z Jagodą wielką ochotę na jeszcze jedną wycieczkę do kanionu. Ale zarówno Beata jak i Tadeusz ne wykazywali zbytniego entuzjazmu dla pomysłu łażenia po górach. W końcu rano okazało się, że w górach pada. Pojechaliśmy do Salt Pond poleżeć jeszcze ostatni raz na plaży. Ryśka widzieliśmy, ale nie podchodził do nas więc i my nie wołaliśmy go bo i po co. Żyjemy już podróżą teraz nie będzie tak gładko wylatujemy jutro o 23,50 w czwartek a lądujemy w Warszawie w sobotę o 11,50 czyli wychodzi 36 godzin podróży. Dzisiaj jeszcze mamy ostatnia kolację, zaprosiliśmy Roberta i Martę, kupiliśmy flaszkę (7 dolarków za 0,7) a dziewczyny mają usmażyć schabowe. Na jutro zastawiamy pakowanie, popsuł nam się jeden z plecaków z którym chodziliśmy na wycieczki i będzie trochę problem, trzeba będzie go zaszyć na stałe nam nadzieję że nie będzie z tym problemu na lotnisku podczas odprawy.

Fajnie było, ciepło ale to nie miejsce dla nas, wakacje super ale żeby tu mieszkać trzeba mieć naprawdę kupę kasy i świetnie znać angielski bo tu ze wszystkim jest problem i bez przerwy trzeba wszystko, wszystkim wielokrotnie tłumaczyć – Teresa jest mistrzem w tej dziedzinie. Poprzednio jak były z Beatą na zakupach w Lihue wyłączyli prąd  i to akurat jak Teresa była przy kasie. Paragon się wydrukował ale nie wydrukował się tzw ,,obciach ” czyli taki zwrot (premia) która jest tu liczona z różnych powodów np. we wtorki emeryci -10% albo jak się jakiś kupon na coś tam ma z gazetki albo ze 100 innych przyczyn. Tu różnie się nawet płaci w zależności kto  skąd jest – inaczej płacą Hawajczycy (tzw kamaina), inaczej Amerykanie a inaczej turyści. Szczególnie dotyczy to usług. Nieważne, w każdym bądź razie Teresie się należało 5,90$. Więc sprzedawczyni napisała na paragonie że tyle a tyle jej się należy i gitara. Wczoraj poszliśmy do tego sklepu bo Teresa chciała odebrać te pieniądze. Musiała trzem różnym kobitkom tłumaczyć o co kaman. Trwało to z 15 minut. Ludzie tu są mało kumaci. Z premedytacją nie przestrzegają różnych przepisów np. na plaży nie wolno wprowadzać psów a wszyscy mają to w głębokim poważaniu. Tak samo jest z używaniem świateł – po zmroku jeżdżą bez włączonych świateł i wcale im to nie przeszkadza. Nabombonią się piwska czy czego lepszego  i dopóki nie spowodują wypadku jest ok.

Jadąc na plażę Beata – sroka zażyczyła sobie wizyty w sklepie z pamiątkami. Weszliśmy z Jadzią na chwilę, ale po stwierdzeniu że nam nic do życia z tego sklepu nie jest potrzebne poszliśmy na plażę piechotą. Po drodze zrobiliśmy kilka zdjęć

 

Hawaii day 20

Ogólnie dzień zmarnowany. Panie zażyczyły sobie zakupów w Lihue, a ponieważ nie bardzo miałem co robić sam, to pojechałem z nimi. Tadzio poszedł na jogę.  Ciotkę Beatkę to jak by co opętało. Eee szkoda pisać.

Dzień stracony – oddać pieniądze. Idę pić piwo. Może jeszcze jakoś da się go uratować.

Potem coś napiszę – pozdrawiam czytelników

Hawaii day 19 Pihea

Dziś zaplanowana wycieczka w góry. Wstaliśmy rano i jazda. Zaplanowaliśmy  dość trudną trasę czyli wejście na jedną górę na Napali Coast – Pihea

 

Teresa uprzedzała, że nie będzie to spacer po kanionie i nie był – było stromo, ślisko i miejscami niebezpiecznie. W połowie drogi Beatka odmówiła współpracy i powiedziała że dalej to sorry ale chce pożyć jeszcze i zawróciła. A my ,,wleźliśmy” tam – warto było 4000 stóp ponad poziomem morza i widok taki że dech zapiera – warto było. Trochę gorzej było zleźć ale daliśmy radę. W drodze powrotnej zaczęła ogarniać nas mgła, schodziliśmy granią z z jednej strony od strony oceanu nie było już kompletnie nic widać a z drugiej roztaczał się widok na dżunglę w dole – niesamowite zjawisko. Niestety mgła powodowała że cały szlak stał się mokry i śliski . Glina oblepiała nam buty ale powoli, powoli udało nam się wrócić na Lookout i parking gdzie czekała Beata.

W czasie wieczornego spaceru w czasie którego obejrzeliśmy kolejny rytualny zachód słońca nasunęła mi się kolejna refleksja na temat życia na Hawajach. Otóż zadziwiający jest dla mnie stosunek ludzi do przyrody a przede wszystkim do oceanu. Poszanowanie go jako dobra ogólnego i pokory dla jego potęgi. Bardzo wiele osób na plaży w Kekaha przychodzi oglądać zachód słońca – to jest rytuał, magiczna chwila oznaczająca koniec dnia. Patrzą, fotografują i dyskutują o najdrobniejszych aspektach tego widowiska które powtarza się co dnia. Oczywiście nie wszystkim na wyspie dane jest oglądać zachód słońca, na wschodzie wyspy zapewne z takim samym namaszczeniem ogląda się wschód. Ocean zapewnia tu bardzo wiele rzeczy, daje pracę, rozrywkę i żywność. Otacza wszystko wkoło i jest części życia tych ludzi. Jego nieodłącznym składnikiem.

Bez problemu można zaobserwować w takich biedniejszych nieturystycznych miejscowościach jak Kekaha, że ludzie żyją w symbiozie z oceanem, jest dla nich częścią egzystencji,  ich codziennego życia.

Wieczór jak wracamy poboczem drogi widzimy spotykających się Hawajczyków który wybrzeże oceanu traktują jak  coś tak normalnego jak nie wiem – park. Przyjeżdżają całymi rodzinami, siedzą na poboczu drogi na krzesłach, łowią ryby, gadają, śmieją się i pewnie popalają trawkę. Dzieci kąpią się przy brzegu pod czujnych wzrokiem starszych a młodzież najczęściej surfuje na falach. Wybrzeże jest po prostu miejscem spotkań, sposobem spędzania czasu, życiem a ocean ich prawdziwym przyjacielem.

 

Hawaii day 18 Polihale

Mieliśmy w planach kanion ale wstaliśmy dość późno i na wycieczkę było już nie w czas. Teresa powiedziała że na pewno z parkingiem będzie duży kłopot bo to jest długi szlak i trudny i nie ma szans by nagle się zwolniło miejsce. W związku z tym pojechaliśmy znowu na naszą ulubioną plażę w Salt Pond. Jesteśmy już tak opaleni że zastanawiamy się jaka reakcja znajomych będzie po naszym powrocie.

Wieczorem mamy terenówkami Boba i Roberta jechać na najpiękniejszą plażę na Kauai – zobaczymy. Podobno to ulubione miejsce dawnej królowej Hawaii – nie da się tam jednak dojechać zwykłym samochodem, Hawajczycy dbają o to by droga była wyboista i trudno przejezdna, by odstraszyć turystów.

A tymczasem kilka uwag odnośnie Hawajów . W samym Kekaha jest podobno 15 różnych kościołów a to wieś trochę większa od Zapolic, no niech będzie małe miasteczko. Rzeczywiście co chwila idąc czy jadąc są tabliczki na domach że tu jest kościół. Czyli wyznawców ma kilkunastu albo w porywach kilkudziesięciu. Jest też kościół katolicki nawet przypomina z wyglądu kościół ale widzieliśmy po drodze także świątynię buddyjską. Tu każdy może wierzyć w co chce i nic nikomu do tego. Możliwe że popularność kościołów bierze się z tego, że podobno są zwolnione z płacenia podatków zarówno od nieruchomości, jak też od datków uzyskiwanych od wiernych czy sympatyków, a że podatki dla normalnych ludzi nie są tu małe …

Inną refleksję mam na temat ludzi. Tu na Hawajach obowiązuje zasada Aloha time – co ogólnie znaczy: spokojnie nie śpiesz się, wyluzuj i baw się dobrze.

Wszyscy tu są niezwykle mili i uprzejmi, idąc po plaży czy na szlaku w górach powszechne jest pozdrawianie się, ale jest też i druga strona ich natury. Na jednej z wycieczek w kanionie widzieliśmy taką sytuację, że kobitka pośliznęła się i chyba złamała rękę. Była z kimś z rodziny więc nie sama. Jagoda jak to zobaczyła to od razy chciała pomagać. Teresa ją powstrzymała mówiąc, że nie wolno bo jak coś jej się stanie (więcej) to może oskarżyć i trzeba będzie babie płacić odszkodowanie. Jedyna możliwa w tej sytuacji pomoc to telefon do ratowników, ale tutaj sami poszkodowani byli w stanie zadzwonić. Ciekawe. Inna sprawa Amerykanie żyją w swoich zamkniętych hermetycznych światach i ogólnie rzecz biorąc nie interesują się sprawami innych.Moim zdaniem są dość ograniczeni i brak im kompletnie pomysłowości i kreatywności. Są bardzo wąsko wyspecjalizowani w tym co robią.

Przykład znowu z opowieści Teresy.

Jak Amerykanka coś gotuje to musi mieć wszystkie składniki tak jak ma napisane w przepisie i w takich dokładnie ilościach bo jak czegoś brak to nie będzie potrawy i koniec.

Inny przykład: chcieliśmy kupić farbę w sklepie -zwykły impregnat do pomalowania płotu. Poszliśmy do hipermarketu budowlanego Home Depont – no wielki sklep jak cholera i na pewno wszystko w nim jest, ale gość z działu z farbami za nic nie mógł nam pomóc a nam się nie chciało czytać wszystkich metek. Kupowaliśmy papę i gość od papy nie wiedział ile papy jest w rolce. Wszystko chodzą i sprawdzają  w komputerze Teresa zamawiała kiedyś meble do kuchni – już jakiś czas temu z rok czy dwa i do dziś ma nie skończone bo nikt nie umie oszklić szafki u nich w domu tylko chcą ją zabierać do fabryki na kontynent – paranoja.

Wszystkie usługi są bardzo bardzo drogie za postawienie ściany – zwykły gips karton, wymiar 2×3 m2  no taka robota na jeden dzień za 300zł zapłacili 1400 dolarów i gość robił to -UWAGA  –  miesiąc i na koniec to sobie pomocnika wziął. ALOHA TIME.

Po południu pojechaliśmy na Polihale – ponoć najpiękniejszą plażę świata. Tak przynajmniej twierdzą Hawajczycy. Myślę że to może być prawda. Byłem, zobaczyłem, szczęka mi opadła.

Zbyt wielu plaż w życiu nie widziałem ale chyba po Hawajach niewiele może mnie już zaskoczyć.

Plaża Polihale jest dość trudno dostępna, nie ma do niej dojazdu asfaltową szosą a jedynie szutrówką, Pojechaliśmy dwoma terenowymi toyotami z napędem 4×4 więc dojechaliśmy bez wielkiego  problemu. Plaża kończy się pionowymi skałami Napali Coast  i oprócz bardzo szerokiej pięknej piaszczystej plaży są tam jeszcze wydmy. Bob przygotował piknik i napoje wyskokowe – siedzieliśmy tam do 22 i było na plaży całkiem jasno, księżyc nam robił za latarnię.

Co ciekawe, mimo że byliśmy niezbyt daleko od domu (jakieś 20 mil może), zachodzące słońce i wyspa Nihau były nie po prawej stronie plaży, ale po lewej – patrzyliśmy na nie z innej strony wyspy.

Po drodze na plażę mijaliśmy hodowlę krewetek, potem pola na których rośnie kukurydza przeznaczona na nasiona (w USA podobno trzeba co roku kupować nasiona, nie wolno siać swoich) i w końcu bazę wojskową.

 

 

Hawaii day 17 Salt Pond Beach

Rano jak tylko Teresa z Beatą wróciły z targu warzywnego Teresa zawiozła nas na Salt Pond Beach czyli na naszą ulubiona plażę. Pogoda była wyjątkowo piękna po wczorajszym wietrze nie zostało nawet śladu. Było bardzo ciepło a chłodny powiew oceanu sprawiał, że w doskonałych nastrojach rozłożyliśmy się pod drzewem.

Rysia wypatrzyła Beata jak brał kąpiel pod plażowym prysznicem.

Plaża nie jest bardzo duża więc przez jakiś czas  nas  nie zauważał,  choć kręcił się to tu to tam. W końcu przyszedł i bardzo ładnie się przywitał czyli powiedział  – Haj Endrju –  odpowiedzieliśmy Haj i se poszedł, ale już cały czas się kręcił koło nas. Poszliśmy się kąpać z Jadzią  a ten do nas pakuje z piłką do rugby i grać chce. Zgodziliśmy się bo co tam. Porzucaliśmy wszyscy do siebie (w wodzie),  a Rysio po każdym rzucie mówił jak prawidłowo rzucać i łapać piłkę. W końcu załapaliśmy o co kaman. Nawet fajnie się rzucało a najbardziej rzucał się Rysio i z co którąś złapaną piłką pięknie nurka dawał.

Po wyjściu z wody zaproponowałem mu drinka czyli kolę, zgodził się i przyszedł  do nas na leżaczki.

Rozpoczęła się rozmowa czyli przesłuchanie Rysia, dowiedzieliśmy się że gość ma 63lata, od 5 lat jest na emeryturze i był fizykoterapeutą, na Hawajach mieszka w namiocie na polu namiotowym bo tak lubi (poza tym dzięki temu że tanio może tu być dłużej).

Dużo podróżuje po świecie. Nawet miły gość się okazało. W prezencie dał nam piłkę do rugby i pompkę do niej a nawet pokazał nam jak taką pompką się posługiwać (żeby spuścić powietrze na czas lotu). Od nas dostał książkę Tadeusza bo nic innego nie mieliśmy. Znaczy jak dał nam tę piłkę to Jadzia pokazała mu książkę Tadeusza po polsku a on za nią pięknie podziękował i głupio mu było ją zabrać.

 

Potwierdza się tekst z Misia.

Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Zdaje się z tego co zrozumieliśmy, że Rysio będzie wracał do USA tym samym samolotem co my, więc pewnie jeszcze się spotkamy.

Po powrocie dziewczyny szykują przyjęcie a ja teraz piszę.

Przyjęcie wyprawia Marta w podziękowaniu za kilka imprez na które byli zaproszeni do nas. Tylko tyle, że stwierdziła że ona u siebie nie ma warunków do tego by nas ugościć więc imprezę zrobi u nas i już

Można -można.

Po powrocie okazało się że Teresa na wysprzedaży kupiła trzy koszule w rozmiarze – uwaga kto zgadnie ???????

 

28 XL

nie wierzycie ???

oto dowód że na Hawajach żyją olbrzymy

A jak napisałem Asi że widziałem w sklepie koszulę w rozmiarze 8xl to powiedziała że nie ma takich rozmiarów i co Pani mądralińska ????

Wieczorem były party. Marta ugotowała dwa meksykańskie dania – smaczne ale mocno pikantne. A jak pikantne to się dowiem jak będą wychodzić z drugiej strony. 😉

 

 

 

Hawaii day 16 Kekaka czyli koło domu

Dziś nigdzie nie zaplanowaliśmy wyjazdu. Rano trochę dłużej pospaliśmy a potem z Jagodą wzięliśmy się za  skończenie dachu nad komóreczką. Jadzia bardzo dzielnie mi pomagała i już koło 13 byliśmy po robocie.  Poszliśmy na długi spacer plażą tylko we dwa.

Ocean był bardzo wzburzony, taki huczący, wielkie fale co chwila uderzały o brzeg. W wodzie było bardzo dużo surferów – zaczął się weekend na parkingu nie było właściwie miejsca.

Poszliśmy w kierunku bazy wojskowej brzegiem oceanu który co chwila moczył nam gacie wypływając dużo dalej niż do tej pory udało nam się zauważyć.

Potem nam odbiło i postanowiliśmy się wykąpać. Fale były tak olbrzymie, że praktycznie po pierwszej już nam się odechciało, ale był problem z wyjściem z wody prąd wsteczny utrudniał nam ruchy i przewracał a kiedy woda nagle robiła się po kostki spadała na nas następna dwumetrowa fala i przesuwała nas o kilkanaście metrów. W końcu plując wodą i piaskiem udało nam się wyjść na brzeg.

Kolo domu zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć roślin które rosną u sąsiadów:

Wieczór jak zwykle spędziliśmy przy margericie (znaczy nie zawsze jest margerita, czasem mohito, czasem rum z kolą, czasem wino, ale ostatnio zasmakowaliśmy w margericie) – prowadząc poważne rozmowy z Tadeuszem.

 

 

Hawaii day 15 Princeville

Dziś była nasza najdłuższa wycieczka samochodowa, pojechaliśmy do miejscowości Haena na północy wyspy. Tam kończy się droga. Naszej wyspy nie da się objechać wokoło, nie ma drogi i nigdy pewnie nie będzie, skały Napali Coast czynią nieopłacalną taką  inwestycję. Wstaliśmy jak było jeszcze ciemno. Do pokonania mieliśmy około 100km, niby nie dużo, ale biorąc pod uwagę że tu właściwie jest jedna droga którą wszyscy się poruszają to to jest wyprawa niekiepska, zwłaszcza że droga na północy zaczyna się niebezpiecznie zwężać  i najpierw jest zakaz poruszania się ciężarówek a potem jedzie się nadmorską wąską drogą od Hanaleii  gdzie nawet mosty a jest ich 8 są tylko na jeden samochód. Ale obowiązuje fajna zasada: 8 samochodów z jednego kierunku i osiem z drugiego i wszyscy starają się tej zasady przestrzegać.Oczywiście jak dojechaliśmy do końca drogi okazało się, że na parkingu nie ma miejsca i trzeba było kombinować, ale w końcu się udało i wyruszyliśmy obejrzeć Napali Coast z trzeciej strony.

Wspinaczka była nie kiepska. Ale dla mnie,, Koziorożca”  to pikuś Pan Pikuś czyli zsapałem się jak eee…  ale warto było. Z góry widzieliśmy harcujące wieloryby, ale jak zwykle lornetka leżała w domu więc z dość daleka.

Po zejściu z góry poszliśmy się wykąpać w oceanie  Plaża była cudna. Z Jadzią nurkowaliśmy z maską na rafie i oglądaliśmy wielokolorowe rybki. Zjedliśmy też pyszny lunch.

Potem  odwiedziliśmy jaskinię wielkości boiska piłkarskiego ale zdjęć nie mam bo nasz aparat chwilowo odmówił posłuszeństwa.

 

Naprzeciwko jaskini było pole namiotowe i plaża, na którą chcieliśmy pójść. Idąc przez to pole wleźliśmy wprost na Ryśka.

Ha i tu trzeba naszą opowieść przenieść w czasie, Otóż będąc w Hanapepe na festynie spotkaliśmy gościa, właściwie to było tak. Kupiliśmy sajgonki u Chińczyka (znaczy coś podobnego do sajgonek) i nie bardzo było gdzie je zjeść bo stoliki były pozajmowane, więc przysiedliśmy się do jednego faceta. I jak to my przy kulturalnej konsumpcji cały czas gadaliśmy po polsku. Gość w końcu przyłączył się do gadania. Okazało się że ma na imię Richard i jego babka była  Polką. Po polsku oczywiście jak każdy Amerykanin nawet z polskimi korzeniami ani be ani me ani kukuryku ale okazało się, że był w Polsce na wycieczce i takie tam. No nic pogadaliśmy trochę i każdy poszedł w swoja stronę. Gdzieś po godzinie Ryśka spotkaliśmy po raz drugi. Teraz to już tylko z Beatą rozmawiał i dał jej swoja wizytówkę z adresem e-mail.

Beata od razu zaczęła po swojemu przeżywać nową znajomość i nawet ze dwa maile wymienili między sobą.

Sprawa Ryśka ucichła na kilka dni choć wieczorami w żartach dopytywaliśmy się ,, co tam u Ryśka słychać „. Z maili wynikało, że trafia w te same miejsca co my.

Ąż tu nagle wychodząc z jaskini spotykamy go jak wyłazi z ,, namiota”  no wydało nam się to mocno podejrzane, bo wyspa wcale taka mała nie jest a tu trzeci raz,  ale nic to.

Poszliśmy na plażę, pogoda zaczynała się psuć tzn. dalej był upał, ale wiatr był coraz większy.

Idąc plażą nagle przyszła wielka fala nie wiadomo jak to się stało że nie zauważyliśmy jej. Cały czas staraliśmy się uważać bo na brzegu było bardzo dużo ostrych połamanych korali i trzeba było uważać by nie skaleczyć nogi. Staraliśmy się mieć wodę mniej więcej po kostki. Fala która przyszła zmoczyła mam gacie a Tereska było mokra do pasa.

Krzyknęła – Mam mokre całe spodnie.

A idąca brzegiem kobitka odpowiedziała po polsku – To trzeba będzie je wysuszyć.

Tak spotkaliśmy Polaków na plaży w Haena.

Mało tego – okazało się, że mieszkają w Vancouver w Kanadzie w tej samej dzielnicy co Tadzio z Tereską dosłownie trzy ulice dalej – niesamowite.

Z Heany z krótkim postojem w Hanalei pojechaliśmy do Princeville.

Wstawiam link do mapki

https://www.google.com/maps/place/Kauai,+Hawaje/@22.0502302,-159.8204124,10z/data=!3m1!4b1!4m2!3m1!1s0x7c0704bb259eb047:0xf6321af5a12d378a

ale o tym później.

Później to teraz opisuję czwartek dopiero w sobotę rano ( w Polsce jest 20.03 ) bo ciągle nie nadążam

Więc tak :

Princeville to bardzo ekskluzywna miejscowość na wyspie . Pełno jest tam pięknych posesji, super drogich markowych sklepów, pensjonatów ,resortów i takich tam – takie Międzyzdroje  10 razy droższe.

Długo tam nie byliśmy, ale wszystko wyglądało jak w filmach. Poszliśmy odwiedzić hotel Sheraton, okazało się że został sprzedany i teraz inaczej się nazywa. Weszliśmy do środka bez żadnych przeszkód. Było chłodniutko i tak światowo – super . W środku były fontanny i wielkie patio wypełnione wodą która po kaskadach spływała nie wiadomo gdzie. Posiedzieliśmy na tarasie w mięciutkich fotelach patrząc na zatokę. Kawa kosztowała od 4 do 8 dolarków.

Następnie udaliśmy się do latarni morskiej.

Latarnia ma 100 lat i jest jedną z najstarszych budowli na wyspie 😉 i ciekawa sprawa od 50 lat jest już nie używana – jak szybko zmienia się technika. Teren wokół latarni jest rezerwatem przyrody i wejście jest płatne ( 5 dolarków od łba ) to na razie jedyne pieniądze jakie wydaliśmy na jakiekolwiek bilety.

Widoki były nieziemskie i po raz któryś mogliśmy obserwować wieloryby. Ich wynurzenia każdorazowo były kwitowane okrzykami publiczności. Niestety sfotografowanie tego niesamowitego zjawiska jest praktycznie naszym sprzętem niemożliwe. Wieloryby zawsze wynurzały się w innych miejscach niż się ich oczekiwało. Ale widać  było fajnie.

Potem zgłodnieliśmy już bardzo i pojechaliśmy do Lihue coś przegryźć. Po drodze zajrzeliśmy jeszcze do portu gdzie w czwartek przypływa olbrzymi statek wycieczkowy. Był ogromny miał nad wodą chyba z 10 pięter.  Potem zjedliśmy po bardzo smacznym tutejszym hod-dogu (ciekawe nazywa się polish hot-dog) i pojechaliśmy na małe zakupy do hipermarketu.

I co ?

Przy kasie stoi w najlepsze Rysio i kupuje sobie klapki – bardzo szybko uzgodniliśmy między sobą, że trzeba gościa zabić i zakopać bo takich przypadków to nie ma. W Lihue jest coś koło 6 hipermarketów a ten akurat musiał do tego co my.

 

 

 

 

 

Hawaii day 14 Kapaa

Zaraz po śniadanku (owsianeczka) podjęliśmy decyzję o wyjeździe na plażę . Postanowiliśmy pojechać na jakąś plażę na północ od Lihue. Po godzinnej podróży jak zwykle wypełnionej opowiadaniem Teresy o Hawajach dotarliśmy na plażę w miejscowości Kapaa. Teresa wybrało tę plażę dlatego, że już kiedyś byli w tym ośrodku. Resort (ośrodek) przypominał mi trochę te w Egipcie z tą zasadniczą różnicą, że na portierni nie było ochroniarza z długą bronią  tylko śliczna Hawajka. Na teren ośrodka weszliśmy bez żadnego problemu przede wszystkim dlatego, że nie było żadnego ogrodzenia.

Od dziś poprawiam zdjęcia można je powiększać by lepiej zobaczyć te wszystkie widoki – sukcesywnie postaram się poprawiać poprzednie wpisy.

Pokąpaliśmy się w bardzo, bardzo niebieskiej wodzie – dodatkowym plusem było to, że plaża osłonięta była trochę od oceanu dzięki czemu fale były niewielkie i można było spokojnie popływać.

Po wypoczynku na plaży czekała nas kolejna atrakcja . W czasie podróży do Lihue Teresa zaproponowała żeby obejrzeć wodospad. Skręciliśmy z głównej drogi w boczną i pojechaliśmy około 10 km w głąb wyspy. Drogi boczne na Kauai są ,,dokądś” czyli ślepe, w tym wypadku do wodospadu i koniec. Droga była wąska a im dalej stawała się jeszcze węższa, w końcu jednak dojechaliśmy do wodospadu – warto było – zobaczcie:

Potem pojechaliśmy do Lihue kupić kolejne materiały budowlane niezbędne do napraw domu.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze kolejny cudny zachód słońca:

 

A  teraz ciekawa historia z Hawaii. Przy drogach są co dwie mile tabliczki z nazwami różnych – organizacji, klubów, stowarzyszeń a nawet kościołów i innych takich. Teresa wyjaśniła mi, że takim dwumilowym odcinkiem drogi ktoś się niejako opiekuje ale nie w sensie że ma tam naprawiać drogę tylko zwracać uwagę jak by nagle się wydarzyło na niej coś co zagrażać może innym użytkownikom drogi czyli na przykład  leży zabity pies albo obsunął się kamień czy ktoś coś zgubił i to sobie leży na poboczu.  Wtedy taki społeczny opiekun drogi na swoim odcinku jak coś takiego zauważy to powinien w odpowiednie miejsce zadzwonić i o takim fakcie powiadomić by odpowiednie służby mogły jak najszybciej zagrożenie usunąć – niegłupie. Nie wiem czy ci co w takim społecznym programie uczestniczą mają jakieś przywileje ale pewnie tak bo w Ameryce nie mam niczego za darmo.